Zima stulecia jest często wspominana gdy spadnie śnieg i temperatura. Może to nudne, ale warto zobaczyć jaki ma wpływ na nasze życie codzienne taki kataklizm i wyciągnąć z niego naukę.

 

Wystarczyło parę dni z lekkim mrozem, a już zewsząd słychać narzekania. Tymczasem to co jest obecnie za oknem nie jest niczym nadzwyczajnym. Zima stulecia pokazała jak wygląda śnieżny armagedon. Mówi się, że zima 1978/1979 obnażyła niedoskonałość Polski Ludowej. Wyszło wszystko co było tymczasowe, wykombinowane, ulepione na sztukę. Tymczasem gdy patrzy się na to co się dzieje obecnie, gdy mamy raptem kilka dni z mrozem i śniegiem, aż strach pomyśleć, gdyby taka nawałnica śnieżna odwiedziła nasz kraj dziś.

 

 

Przyjrzymy się temu co nam najbliższe:  motoryzacji. W Nowy Rok 1979 mało kto myślał o uruchamianiu samochodu. Ale im dalej w styczeń, tym częściej okazywało się to niezbędne. Niestety marnej jakości i często zużyte akumulatory wywieszały białą chorągiew już na widok kluczyka. Całe szczęście większość samochodów osobowych w tamtych latach miało silniki benzynowe – im wystarczyło parę amper. W gorszej sytuacji byli właściciele Diesli. Pojęcie „paliwa zimowego” praktycznie wtedy nie istniało, a depresatora nie dało się kupić ot tak na Cepeenie. Nie mówiąc już o apetycie na prąd przy rozruchu.

 

 

Po Borygo się nie…

We znaki dawał się również brak odpowiednich płynów do chłodnicy. Polski przemysł produkował jedynie Borygo. Niektórzy kierowcy sporządzali własne mieszanki, inni mieli szczęście wejść w posiadanie zagranicznego specyfiku. Reszcie pozostało pamiętanie o spuszczeniu wody z układu przed nadejściem mrozów. Problematyczne były również układy hamulcowe, które często potrafiły zamarznąć skutecznie unieruchamiając pojazd.

 

 

Dobra guma to podstawa

Gdy już udało się ruszyć i wygrzebać z zaspy trzeba było się utrzymać na zaśnieżonej drodze. Tymczasem stan ogumienia aut w latach 70. wołał o pomstę do nieba. Opony  błotno-śniegowe owszem, były w Polsce znane, jednak zazwyczaj przez pryzmat aut dostawczych i ciężarowych. Do osobówek zostawały opony całoroczne. Polski przemysł oponiarski miał główny produkt: słynne D124. Jeździła na nich znaczna większość Polskich Fiatów. Z radialnych opon dostępny był jeszcze Rekord. Zdarzały się również wozy na enerdowskich Pneumantach czy czeskich Kleberach. I takie radialne opony jako tak sobie radziły w śniegu. Niestety mnie zawsze były one pierwszej świeżości.

 

 

W niewspółmiernie gorszej sytuacji byli właściciele aut obutych w opony diagonalne. Jazda na nich przypominała raczej jazdę figurową na lodzie, przy czym to pojazd zazwyczaj decydował gdzie pojedziemy. W takich wypadkach rozchwytywanymi osobami były takie jak mój ojciec, posiadający Warszawę Pickup z oponami błotno-śniegowymi, paroma trylinkami na pace i permanentnie podpiętą liną holowniczą.

 

 

Pekaesem w świat

Motoryzacja osobista była jednak na szarym końcu potrzeb ludzkich na początku 1979 roku. Transport ludzi i towarów na początku stycznia praktycznie nie istniał. Wysokoprężne silniki robiły wszystko aby nie odpalić w olbrzymi mróz. Drogi poza miastami były zawiane zaspami często wyższymi od ciężarówek. W miastach ulice z kolei pod śniegiem pokryte były warstwą lodu. Udrożnienie tras było nie lada wyzwaniem. Zwykłe pługi lemieszowe nie dawały sobie rady. Na początku szlaki przecierały pługi wirnikowe, jednak ich ilość nie była jakaś oszałamiająca. Dlatego w wieli miejscach mieszkańcy musieli dość długo czekać na przebicie „okna” na świat.

 

 

Gąsienice, dykta, kij

W miastach w walce z warstwą ubitego śniegu i lodu na jezdniach pomagało wojsko. Na ulice wysyłano wozy zabezpieczenia technicznego zbudowane na podwoziach czołgów, które gąsienicami zrywały twardą warstwę. Do odśnieżania rzucono również sprzęt budowlany – wszystko co miało gąsienice i duży lemiesz było na wagę złota. Oprócz tego oczywiście działał czyn społeczny. Każdą wolną chwilę ludzie spędzali na odśnieżaniu ulic, chodników, torowisk. Nie było to łatwe, bo brakowało nawet tak podstawowych narzędzi jak szufle do śniegu. Kto mógł to robił je z kawałka sklejki i kija.

 

 

Bez kolei nie będzie niczego

Przez takie drogi i ulice musiały przebijać się ciężarówki dowożące towar do sklepów. Komunikacja miejska i podmiejska działała na zasadzie przyjedzie to będzie. Silników często nie gaszono na postojach, czy na przerwy, bo istniało ryzyko, że nie da się ich już odpalić. Czasami pasażerowie zanim wóz ruszył, musieli mu pomóc wypychając go z zaspy. Brakowało paliwa – kolej też zamarzła. Pojawił się problem z energią elektryczną – brakowało węgla, a ten który udało się dostarczyć, często był tak zmarznięty, że ciężko było go wydobyć z wagonów. Przez to często nie działały stacje benzynowe, nawet gdy miały na stanie ropę i etylinę, nie bardzo było jak zatankować. „Ręczne” dystrybutory były już raczej w odwrocie.

 

 

To tylko mały wycinek tego z czym musieli się zmierzyć Polacy na początku 1979 roku. Efekty tej zimy były odczuwalne jeszcze bardzo długo. Mówi się, że ówczesny atak mrozów przyczynił się do wybuchu gazu w warszawskiej rotundzie w lutym tamtego roku. Uważa się również, że ta zima dobiła PRL Edwarda Gierka. Zapożyczony na potęgę kraj ledwo stał na nogach, gdy został do końca podcięty przez zimowy żywioł. Tak czy inaczej gdy znów spadnie śnieg, gdy przyjdzie mróz, wyjrzyjcie za okno, przypomnijcie sobie czym była Zima Stulecia i zastanówcie się: naprawdę warto narzekać?

Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe