Niedzielne poranki lubimy najbardziej. Można wybrać się na pole golfowe, kopsnąć sprywatnym Gulfstream’em na krótki relaks do Antibes, albo policytować na londyńskiej aukcji jakichś Klimtów i Van Gogh’ów. Można też zerwać z rutyną i sprawdzić czy długa limuzyna na pewno może.

 

Druga edycja rajdu turystyczno-nawigacyjnego „Stary pojazd i może” miała poprowadzić nas przez północno-wschodnie okolice Warszawy – Nowy Dwór Mazowiecki, Jabłonną, Chotomów i okolice Modlina. Impreza była VI rundą Mistrzostw Okręgu Warszawskiego Pojazdów Zabytkowych MOWPZ. Ranga rajdu, ale przede wszystkim nasz status sprawiały, że nie mogliśmy udać się na start byle czym. Kapitan naszej szacownej załogi wybrał więc klasyczną przedłużaną limuzynę – Lincolna Town Car.

 

Wygrani już na starcie

Słusznie podejrzewacie, że podążanie trasą rajdu długą, niezwrotną limuzyną to zadanie dość karkołomne. Ale pamiętajcie, że nasz prestiż i reputacja sprawiają, że zawsze i tak wygrywamy, nawet gdy nie startujemy. A do tego nasze interesy zabezpieczała też nasza druga ekipa w Renault 5 z red. Leśniewskim za kierownicą.

Na miejsce startu organizatorzy wybrali urokliwy Pałac w Jabłonnie, zamówili też wyborną pogodę – chapeu bas. Wprawdzie rajd rozpoczęła próba sportowa, która sprawiła nam pewne problemy – tam gdzie inni skręcali „na raz”, my musieliśmy na osiem razy – ale humory nam dopisywały. Mimo, że pasażerowie wcale nie korzystali z barku limuzyny.

 

To jednak nie panieński

Jazda przez prowincję obciachową limuzyną wywołuje u mijanych jednoznaczne skojarzenia – ślub, panieński lub przaśny wyjazd na pierwszą komunię świętą. Była to jednak niedziela, więc ślub (przynajmniej kościelny) odpadał, pierwszych komunii w sierpniu też już raczej nie ma (nie jestem pewien, proszę wybaczyć ewentualną niewiedzę). Więc mijani rolnicy liczyli na wychylające się przez szyberdach piękne dziewczęta bez górnej części garderoby, za to z kieliszkami w ręku. Niestety dla rolników wychylał się czasami jedynie nasz pilot, Wojciech. Było to też niezbędne na próbie sportowej, szofer Lincolna niestety widział niewiele.

 

Idzie jak burza

Po wyjechaniu na właściwą trasę rajdu szybko okazało się, że zwalisty Town Car faktycznie słabo radzi sobie w ciasnych uliczkach, ale zadaje szyku wszędzie gdzie się tylko pokaże. Poza tym nasza limuzyna zaskoczyła na szutrach – mimo delikatnie mówiąc długiego nadwozia wóz po dziurawych, często bardzo piaszczystych drogach jechał niezwykle dzielnie. Oczywiście sytuacje w których pomyliliśmy trasę trochę komplikowały nam i innym użytkownikom dróg życie. Zawracanie było koszmarem, rzecz jasna szofera. Z tyłu nie odczuwaliśmy dyskomfortu, było zbyt wygodnie. Ale inni kierowcy – cóż, gdy osoby o najwyższym statusie społecznym zawracają tarasując przy tym całą drogę, to trzeba po prostu cierpliwie czekać.

 

Pełen sukces

Nie wygraliśmy. Ale poniekąd wygraliśmy. Siedząc w obrzydliwie wygodnych fotelach i oglądając świat przez przyciemniane szyby z klimatyzowanej kabiny czuliśmy się jak pionierzy sportów motorowych. Nasz szofer męczył się, aby zmieścić się między krzakami na trasie, a my w tum czasie zapisywaliśmy się w annałach rajdów turystyczno-nawigacyjnych, jako wspaniała załoga, która pokazała, że się da. Oficjalnie rajd wygrali Maciej Bień i Aleksandra Płońska jadący Fiatem 500 Giardiniera. Ale oczywiście największy sukces należy do nas. Tak jak i pół City w Londynie.

 

 

Podziękowania:

Za fachowe szoferowanie dla Mateusza Pasternaka, za perfekcyjne nawigowanie dla Wojtka Ołtarza, za doskonała limuzynę dla Muzeum Motoryzacji i Techniki w Piastowie.

 

Fotografie: autor

Poprzedni artykułFiat S76 – ożywić Bestię
Następny artykułFotorelacja: Rajd Grzyba 2019