“Oszalejesz” powiedziała autorka zdjęć do tego artykułu, kiedy dwa lub trzy tygodnie przed imprezą wróciła z Przywidza, gdzie bawiła w celach krajoznawczo – turystycznych.

Jej reakcja przypominała reakcję Sebixa z kawału o tym, jak zobaczył na własne oczy Paryż. Przywidz, w przeciwieństwie do Paryża, leży na Pomorzu i jest punktem obowiązkowym motocyklowych wydarzeń z kategorii “custom i alternatywna klasyka”. W zeszłym roku mi się nie udało przyjechać, więc w tym był to już mus.

Motocyklowy raj

Zanim będzie o ludziach i motocyklach, to najpierw o miejscu. Rozległy teren z pałacem, stajnią, drugą stajnią pełniącą funkcję hotelową, pierogarnią, hamburgerownią, torem enduro, prywatnym kawałem lasu, do którego można na legalu zapuścić się motocyklem, wioską indiańską dla dzieci i pewnie czymś jeszcze, czego nie udało mi się w ciągu tych dwóch dni imprezy zobaczyć. A do tego położenie wśród morenowych wzgórz sprawia, że to taki w sumie motocyklowy raj.

 

Donkey Dash czyli szybka jazda w stajni. Czy wymyślił ktoś coś lepszego?

No i ten raj zamieszkały jest przez dwa dni przez grzesznych ludzi, z którymi miałem już do czynienia wcześniej na Scrambler Fever i na Cafe Racer Sprint w Człuchowie. Ekipa pomorskich entuzjastów customów, scramblerów i cafe racerów jak zwykle zatroszczyła się, żebym długo wspominał ten wyjazd i tuż po powrocie do Warszawy zaczął tęsknić nie tyle za kolejną imprezą, co za kolejnym spotkaniem z nimi właśnie.

Donkey dash

Samo wydarzenie zaczynało się mniej spektakularnie, bo od tradycyjnego już konkursu customów, targów odzieży, akcesoriów i części. Wystawcami byli znani z innych imprez szczeciński warsztat RHCC, łódzkie Znikąd do nikąd i 79 Point, Stodoła i inni. Natomiast to, co unikalne, odbyło się kiedy minęło południe. Donkey Dash, na który czekałem, przebierając nogami między stoiskami wystawców.

Donkey Dash to krótko mówiąc wyścig w stodole. A dokładniej – w starej stajni. Uczestnictwo w nim – nawet jako widz – jest niezwykłym doświadczeniem. Niewielki flat track, światło przeświecające przez kurz, zapach spalin i dźwięk silników przeróżnych maszyn sprawiają, że jest to doznanie z pogranicza mistyki i sportu. Emocje są duże, rywalizacja czasem zupełnie na serio, motocykle idą koło w koło, a spektakularne gleby zdarzają się często. Wspaniałe jest to, że w wyścigu, który ma w sobie coś z żużla, biorą udział maszyny zarówno zabytkowe, jak i zupełnie nowoczesne, a do tego często kompletnie nie z “offowej” bajki – pozdrowienia dla zawodnika na nowym Indianie Scoucie! Na starcie pojawił się piękny Junak M07, ale nie potrafię powiedzieć, czy w wersji crossowej czy rajdowej. Pojawiło się też kilka dwusuwów, których spaliny przywołały klimat podobnych wyścigów sprzed 40 lub więcej lat. A prowadzenie zawodów przez Marcina “Bustera” w stroju Evela Knievela było idealnym dopełnieniem klimatu lat 70. Cieszyłem się z resztą publiczności jak dziecko, które dostało coś, na co czekało przez cały rok.

 

Customowa WSK – i to jest jakieś

 

Wieczorem impreza znów przeniosła się w okolice standardów, czyli koncert, tańce, hulanki i swawole. Rano hotelowe śniadanie, potem przejażdżka po okolicy, wizyta w Cactus Burger, spacer po okolicznych wzgórzach (warto spytać w barze, jak dotrzeć do blaszanego świątka na szczycie jednego z nich) i powrót do domu.

Customowy Przywidz

Z perspektywy patrzę na Przywidz jak na miejsce idealne dla imprez motocyklowych z pogranicza customów i klasyki. Grupa fantastycznych ludzi, którzy mają przede wszystkim pomysł na imprezę, sporo ciekawych maszyn i mam wrażenie, że zaczyna się robić nam “święta trójca” motocyklowa na północy: Przywidz – Scrambler Fever – Człuchów. Warto, oj jak warto, zaliczyć wszystkie trzy imprezy. A tym, którym za daleko na Pomorze – podobna impreza – Rubble Trouble Rally – będzie organizowana tuż pod nosem, w Tułowicach przy Kampinosie.

 

Fotografie: Kamila Szyszka